Zasadniczo jesteśmy wychowywani i pouczani, aby nie przerywać innym. Niestety moje doświadczenia z bardzo udanych, ciekawych i rozwojowych rozmów przekonują mnie, że “nieprzerywanie” zasadniczo się nie sprawdza. Owszem - zachowuje się pewien porządek i rozmowa jest “grzeczna”… ale też marnuje się jej wielki potencjał.
W czym rzecz i jaka jest różnica między przerywaniem się a wpieprzaniem? Taka, że wpieprzanie jest chamskie, a osoba wpieprzająca się nie robi tego dla podniesienia poziomu rozmowy a dla udowodnienia czegoś sobie: swoich racji, swojej pozycji. Natomiast przerywanie służy odpowiedniemu wzbogacaniu rozmowy i nakierowywaniu jej na właściwy tor. Moim zdaniem jest jak najbardziej OK - sam przerywam i często ganię moich rozmówców za to, gdy przepraszają, że przerwali mi wprowadzając do dyskusji cenną myśl, dobre spostrzeżenie, ważny fakt - róbcie to częściej!
Na przykładzie: często konsultuję pewne sprawy, więc działam w oparciu o wiedzę, jaką dostaję od rozmówcy. Jest tak, że ktoś powie mi o czynniku X i Y pyta mnie o zdanie, o rozwiązanie… bazując na X i Y i tym co dopytam mówię jak to wygląda dla mnie i co jest istotne. I gdy ja mówię zachęcam zawsze do przerwania mi, gdy coś okaże się niejasne lub rozmówca przypomni sobie o czymś, o czym mi nie powiedział a co może być bardzo istotne. Oboje stracilibyśmy masę czasu a mój wywód byłby bezwartościowy, gdybym ja mówił i mówił (mając dobre intencje) a dopiero jakbym skończył ktoś by mi powiedział “ale on w dodatku zrobił to i to”, co diametralnie zmienia sprawę. Takie przerywanie służy wniesieniu czegoś wartościowego do rozmowy, służy “tworzeniu” jakości.
Więc przerywanie TAK!
A wpieprzanie się NIE!
Bo wpieprzanie nie wnosi niczego wartościowego do rozmowy. Służy burzeniu.
Jakie macie doświadczenia i jak to wygląda u Was? 