Żadna z nich nie nadaje się na specjalny post (póki co) i dlatego też ten wpis potraktuję bardziej w kategoriach odpowiedzi “co u tam u Ciebie, Oreście? nad czym znowu dumasz?”
Różne rzeczy można się nauczyć… mit sztuczności!
W ostatnim czasie zauważyłem, że mam pewną łatwość w czymś, w czym jeszcze rok temu kompletnie sobie nie radziłem. Nie ważne co to, ważne, że dobitnie pokazało mi, że wielu rzeczy można się nauczyć nawet jak nie nauczyliśmy się tego będąc dzieckiem. To jak z jazdą samochodem - w czasie kursu na prawo jazdy wrzucanie biegów, popuszczanie sprzęgła i skręcanie kierownicą (pamiętając o kierunkowskazach i zasadach ruchu drogowego) to istna masakra. Skupiamy się, głowimy a i tak silnik gaśnie i instruktor wciska hamulce, abyśmy się w coś nie wrypali. Nikt nie rodzi się z umiejętnością prowadzenia auta… natomiast wielu uczy się jej w okolicach 20 roku życia. Mając już prawko i trochę wyjeżdżonych kilometrów okazuje się, że obsługa tego wszystkiego jest całkiem naturalna i nie trzeba się zastanawiać co zrobić. Ktoś Wam kiedyś powiedział, że jak jesteście kierowcami i prowadzicie auto to jesteście sztuczni? Fałszywi? To nie jesteście prawdziwi Wy? :>
Od teraz, jak ktoś mi powie, że się czegoś nie będzie uczył (nowej umiejętności, zachowania), bo to dla niego sztuczne, a nie naturalne, to albo ma u mnie przerąbane albo takiego kogoś oleję
“Przepraszam” jakoś nie chce działać…
Pisząc ostatni post o “kontrolowaniu wpadek” zdałem sobie sprawę, że nie używam wyuczonego “przepraszam”, a w zamian stosuję zupełnie inna reakcję - dużo korzystniejszą dla obu stron. Zacząłem się zastanawiać jak to u mnie było w przypadku poważniejszych przegięć i czy kiedykolwiek słowo “przepraszam” i podejście “bardzo mi przykro” zadziało tak, jak zadziałać powinno. I kurcze… olśnienie!
Słowo “przepraszam” nie spełnia swojej funkcji! Bo jak sięgam pamięcią, po poważnym fuck-up’ie i moim “przepraszam” ja się czułem jak świnia, a druga strona utwierdzała się w przekonaniu, że jest “ofiarą” mojego przegięcia. Czyli obie strony tracą. Rodzice nauczyli podejścia “przeproś panią”… i niepotrzebnie. Teraz trzeba się tego oduczyć
W głowie mam pewien koncept, bo miałem też parę sytuacji, z których się “wyśliznąłem” bez miałkiego “przepraszam” i obie strony były zadowolone… czyli zyskały. I to coś, nad czym ostatnio się zastanawiam. Na razie jakoś nie mogę odkryć czym jest “to coś”… jak wpadnę na to, to podzielę się z Wami.
Zarażanie własnym stylem bycia
Ostatnie 3 lata u mnie to dość świadoma praca nad sobą. Wymieniam swoje zachowania, podejścia, sposób postrzegania różnych rzeczy, dokładam różne umiejętności. Pierw, aby dopasować się do innych, do bycia “specem”, lansowania się co to nie potrafię, co to nie osiągnąłem. Teraz dla siebie, aby być jeszcze lepszą wersją siebie. Nawet jak w ten sposób burzę cały PR “speca”, czy blog traktuję bardziej w kategoriach zabawy (piszę kiedy chcę, jak chcę i o czym chcę). I mimo, że przecież nie jestem bogaty, sławny, wpływowy, szczególnie uzdolniony… to stałem się dla innych całkiem atrakcyjną osobą, a blog osiągnął ilość odwiedzin jakiej nie miał już od 1,5 roku. Im więcej mam luzu, zachowuję się tak jak ja chcę… tym bardziej pozytywnie inni reagują na moją osobę. To trochę mnie zaskoczyło, bo kiedyś byłem przeświadczony, że jak żyję w społeczeństwie, to muszę się do ludzi dopasować. A tu zonk i małe odkrycie. Wciąż oczywiście trzeba pamiętać, aby nie robić innym krzywdy i nie naruszać obszaru innych osób. Ale dopasowywanie się pod innych u mnie wyleciało jako niedziałające podejście.
Już nie planuję… nie mam celów!
Zaskoczenie, nie?
Facet od samorozwoju, bloger tłuczący tą całą papkę, że trzeba mieć plany, cele i je realizować nagle nie ma planów
A no nie mam. Nawet jakiejś szczególnej wizji nie mam. W ostatnim czasie bardzo wpłynęło na mnie podejście niektórych “obieżyświatów”, którzy po prostu ruszają w podróż dookoła świata z jakąś wizją, ale bez konkretów co mają zobaczyć, kiedy, którędy pojadą i co chcą przeżyć. Po prostu ruszają i są otwarci na to co może ich spotkać. I ostatnio też tak mam. Zarówno jeśli chodzi o rzeczy, które chcę zrobić jak i osoby, z którymi wchodzę w kontakt.
Ludzie, ludzie, ludzie… a nie rzeczy!
I właśnie ci ludzie. Od pewnego czasu, nie będąc otoczony rzeczami, widzę, że to kontakty z ludźmi są tym co dodają funu do życia. Zwłaszcza, że moje nowe znajomości wyłamują się bardzo z tego, co oczekiwałem po ludziach jeszcze z rok temu
Znacząco poluźniłem kryteria, według których pozwalam na bliższy kontakt ze mną. To poskutkowało dość sporą różnorodnością…, a to sporymi zmianami we mnie. Alexowa sugestia wdrożona w życie i efekty bardzo mi się podobają
To jeszcze nie jest taka intensywność i forma jaką chciałbym (z różnych powodów), ale idzie ku dobremu.
___
PS: Tak… dziś mamy prima aprilis! Ale post jest na poważnie (w przekazie), niepoważny (w stylu)
Więc jak ktoś myślał, że to żart to polecam przeczytać raz jeszcze. Serio!