Można (i jest to powszechne podejście) powiedzieć sobie, że jestem jaki jestem i tak już będzie, sam nie zmienię i nikt nie zmieni. I wszystko jest OK, gdy nam to bardzo odpowiada: czujemy się z takim sobą dobrze, inne ważne dla nas osoby z nami także, oraz od życia otrzymujemy to co chcemy/potrzebujemy.
Gorzej, gdy z tym jacy jesteśmy nie czujemy się dobrze, inni też nie… a i od życia nie dostajemy tego co chcemy. Zabicie się wtedy dechami i zalanie betonem, bo przecież “ja to ja i się nie zmienię” jest kiepskim pomysłem. Sad but true! Oczywiście co kto woli, niemniej jest lepsze podejście.
Chodzi o potraktowanie siebie jako płynnego konceptu, jako kawałka plasteliny z którego będziemy lepić siebie. Lepsza plastelina niż kawałek nieociosanego drewna, bo ten ostatni trudniej się obrabia… a i później trudniej wprowadzić zmiany
I gdy już jesteśmy taką plasteliną polecam przyglądać się innym osobom, spotykać na swojej drodze ciekawych ludzi, ruszać się z domu i angażować w ciekawe inicjatywy… a także wpuszczać w sytuacje, w których nie byliśmy a które mogą nas początkowo lekko przerażać. Wówczas łatwiej “sklejać nowego siebie” z różnych elementów. Ci różni ludzie pokażą nam, że można inaczej, ciekawiej, sytuacje i różne doświadczenia dadzą impulsy do przemyśleń i zmian.
W praktyce wygląda to tak, że początkowo zmiany będą drobne, będzie ich mało… ot tak wstydliwie zaczynamy coś tam sobie zmieniać. Później, jeśli dobrze siebie “wrzucimy” w odpowiednie otoczenia, wyzwania, sytuacje życiowe to tych zmian będzie sporo, będą odważne, duże… by z czasem było ich coraz mniej - wszak już główną figurkę z plasteliny (znaczy nas) będziemy mieć ulepioną, a zajmować się będziemy już tylko detalami, by całość była kształtna i dokładnie taka jaka chcemy.
I nie ma ekstra drogi na skróty… zmiany to proces…