Samotnik. Dusza towarzystwa. Znajomości “na chwilę”.

Ten post jest takim prologiem do następnego postu “Mentalny Frankenstein”. Chcę poruszyć kwestię “zarządzania znajomościami” z pozycji koncepcji, odpowiedniego podejścia a nie narzędzi. Termin “zarządzanie znajomościami” brzmi trochę pejoratywne to jednak warto nad tym tematem dłużej się zastanowić. Dobrze zarządzając własnymi pieniędzmi poprawiamy naszą sytuację finansową, dobrze zarządzając ludźmi w naszej firmie podnosimy jej efektywność itd. Stąd przydatne jest odpowiednie zarządzanie swoimi znajomościami, aby czerpać z nich jak najwięcej i w jak najprzyjemniejszy sposób :)

Skupię się na dwóch aspektach, na które warto zwrócić uwagę przy zarządzaniu swoimi znajomościami:

Samotnik vs. dusza towarzystwa
Zakładam, że wszyscy czujemy jak różne podejścia do kontaktów z ludźmi mamy. Są osoby, które stronią od kontaktów z ludźmi i osoby, które wręcz “muszą” przebywać wśród ludzi. Po między tymi skrajnymi postawami mamy wiele miejsca na pośrednie rozwiązania. Gdyby tak ustawić suwak, gdzie przy jednej krawędzi byłoby 100% samotnika, a przy drugiej 100% duszy towarzyskiej to moglibyśmy znaleźć taką kombinację, w której czujemy się najlepiej - przez ile czasu chcemy przebywać wśród innych ludzi, ile czasu chcemy przebywać samotnie. Niemal każdy potrzebuje czasu zupełnie dla siebie i niemal każdy na przebywanie wśród ludzi.

Oczywiście trzymanie się stosunku np. 30/70 na korzyść towarzystwa jest mało przyjemne, bo te proporcje mogą (i będę) się zmieniać na przestrzeni miesięcy, tygodni czy nawet dni. Wyliczenie, że X godzin oddaję się samotności a Y godzin kontaktom towarzyskim jest bardzo ograniczające, bo w relacjach z ludźmi nie chodzi o liczby, tylko o przyjemność, mile spędzony czas, rozwijanie się, wzbogacanie osobowości itd. :) Świadomość tego, że preferujemy styl np. samotniczy pozwali nam w odpowiednim momencie wyczuć, że czas udać się w jakieś swoje miejsce, aby pobyć samemu ze swoimi myślami.

Chcę Was tym skłonić do zastanowienia się, do przypomnienia sobie z przeszłości okresów, w którym najlepiej czuliście się spędzając czas w towarzystwie ludzi - może nie było to 14 godzin dziennie a tylko 8.

Znajomości na “chwilę”
W wielu książkach, artykułach czy koncepcjach rozwoju osobistego mówi się o budowaniu “networkingu” czyli sieci znajomych. I generalny wniosek jest taki, że im więcej osób w najlepszej jakości tym lepiej. Ostatnio znajomy wspomniał o szacunkach, z których wynika, że człowiek w ciągu swojego życia styka/zaznajamia się z około 3 tysiącami osób. Gdybyśmy tak z każdym mieli utrzymywać znajomość przez całe życie, to z pewnością byłoby to trudne, nawet przy założeniu 1 telefon na pół roku czy 1 spotkanie na rok. Zdecydowana większość tych osób pojawia się w naszym życiu “na chwilę” (na miesiąc, rok, 20 lat).

Patrząc przez pryzmat swojego doświadczenia, obserwując i rozmawiając z ludźmi wyciągnąłem spostrzeżenie, że jesteśmy nieświadomi tej “chwilowości”. Jeszcze kilka lat temu poznając jakąś wartościową osobę bardzo chciałem w dość szybkim tempie przenieść taką znajomość na inne poziomy - np. na bardzo dobrego, bliskiego znajomego. Po okresie intensywnego umacniania znajomości przychodziła stagnacja, pod czas której znajomość zamierała (odświeżana czasem smsem, telefonem, przypadkowym spotkaniem itd.). Następowała pustka, uczucie porzucenia, którego często nie rozumiałem. Dopiero zdanie sobie sprawy z tego, że przecież większość ludzi w naszym otoczeniu będzie tylko przez chwilę uczestniczyła w naszym życiu uwolniła mnie od tych negatywnych emocji :)

Mój model zarządzania znajomościami - zamek/twierdza :)
Zapewne spotkaliście się ze stwierdzeniem “ludzie-twierdze”, które to osoby obwarowane odpowiednim murem nie dopuszczają innych do siebie. O takich osobach dość często mówi się przy związkach damsko-męskich (pisała o nich Paulina Biedugnis na blogu Alexa), lecz ludzie-twierdze nie występują tylko w relacjach damsko-męskich lecz wszystkich.

Moje podejście do kontaktów z ludźmi można zobrazować na przykładzie takiej twierdzy. Swego czasu byłem twierdzą trudną do zdobycia i to dotyczyło wszelkich znajomości w ogóle. Człowiek zamknięty w sobie, trzymający ludzi na odległość. W zeszłym roku przebudowałem swoje podejście otwierając bramy, dodatkowo stawiając mnóstwo drogowskazów gdzie taka brama się znajduje. Każdy średnio rozgarnięty człowiek jest w stanie odczytać te drogowskazy (np. moje zainteresowanie rozwojem, ciekawymi ludźmi itd.). Brama jest otwarta, więc każdy w miarę kulturalnie zachowujący się człowiek może wejść na dziedziniec i dowiedzieć się bardzo dużo o mnie. Takim dziedzińcem jest chociażby ten blog, na którym każdy może wyczytać o mnie bardzo dużo. I to jest jakby pierwszy poziom znajomości - świadomość/wiedza o tym, że dana osoba istnieje, nawiązywanie bardzo płytkich relacji.

Z pośród takich przewijających się wielu osób w moim życiu, mam możliwość (wedle różnych kryteriów, bardzo elastycznych) zapraszać osoby do nawiązania trochę głębszej relacji, mianowicie zaproszenia do “komnat gościnnych”. To drugi poziom, w którym jest rozmowa, wspólne spędzanie czasu, dowiadywanie się o sobie, wzbogacanie swoich osobowości. Na tym poziomie można dowiedzieć się o wiele więcej o mnie.

Ostatni, trzeci poziom to “komnaty prywatne”, można powiedzieć mieszczące się w wieży apartamenty :) Tutaj zaproszenie dostają nieliczni. Swego czasu moja ciocia, do której jeździłem na wakacje powiadała, że goście to są 3 dni, później to “swoi” :) To oznaczało konieczność zaangażowania się w przygotowywanie posiłków, zmywanie naczyń, robienie zakupów itd. lub wyjazd do domu ;) Wykorzystując tę cenną lekcję od cioci oraz swoje doświadczenia zauważyłem, że po zaproszeniu pewnych osób do “komnat gościnnych” te relacje (w zależności od intensywności) musiały pójść w jedną ze stron - w stronę “swoi” czyli otrzymać zaproszenie do komnat prywatnych, gdzie dostaje się specjalny status i niesamowitą uwagę, albo prośbę o zwolnienie komnat ustępując miejsca nowych “gościom”. Na dziedzińcu zawsze jest miejsce.

Model ten zakłada dużą rotację ludzi w naszym otoczeniu, dość intensywne czerpanie ze znajomości z osobami, które zdecydowaliśmy się zaprosić do naszego życia (te komnaty gościnne). Następnie powinniśmy podjąć decyzję czy będą to osoby z którymi będziemy przez długi okres utrzymywać znajomość (przyjaciele, partnerzy, bardzo bliscy i dobrzy znajomi) czy też to co było do dania i wzięcia w takiej znajomości już się wyczerpało i pozwalamy tej znajomości umrzeć śmiercią naturalną, żegnamy się i idziemy w swoich kierunkach czy też z taką osobą kontakt będzie przypadkowy - np. gdzieś się miniemy, zamienimy słówko.

Ten model z pewnością nie jest najlepszy jaki może być. Od czasu gdy go stosuję jakość moich relacji znacznie się poprawiła, stałem się bardziej otwarty przez co łatwiej nawiązałem parę głębszych relacji. Także naturalnie przyjmuję to, że wiele znajomości po prostu się zakończy - w moim przypadku większość przez śmierć naturalną, a tylko 2 razy do tej pory “byłem zmuszony” pożegnać osoby przebywające w komnatach gościnnych, które zbyt długo były takimi znajomymi w zawieszeniu.

Oczywiście macie ode mnie zgodę na zupełną szczerość. Na ile odpowiada Wam taki model, a na ile nie? Jeśli nie to z jakiego Wy korzystacie? :) Zachęcam Was do głębokiej refleksji oraz do burzliwej dyskusji.

21 Responses to “Samotnik. Dusza towarzystwa. Znajomości “na chwilę”.”

  1. Michał Czuba Says:

    Orest, bardzo inspirujący post! :) Rzeczywiście, sięgając pamięcią wstecz chyba każdy spotka ludzi, którzy byli bardzo bliscy, wydawali się nawet najlepszymi przyjaciółmi, najbliższymi znajomymi … a teraz kojarzy się tych ludzi z tych przypadkowych spotkań czy smsów od czasu do czasu. Z niektórymi ludźmi, których uważałem za bardzo bliskich znajomych nie mam teraz kompletnie kontaktu od kilku lat.

    Czy cieszyć się, czy żałować? Pewnie trochę żal, choć wydaje mi się, że to naturalna kolej rzeczy. Jedni przychodzą, inni odchodzą. Podobnie jest ze związkami. Niektórzy mieli w życiu bardzo niewiele bliskich osób, inni ‘przebierali’ w partnerach na prawo i lewo. Na szczęście w pewnym momencie można odnaleźć tą życiową ostoję - w najbliższych, w kilku (nielicznych) bliskich znajomych.

    Wydaje mi się, że ciężko by było mieć ‘kilkanaście’ najbliższych osób - zawsze to grono podlega jeszcze głębszemu zawężeniu … zawężeniu … aż do momentu, gdy wyselekcjonujemy tą jedną, dwie czy trzy osoby. Choć trzy to już pewnie dużo.

    Pozdrawiam ciepło :)
    Michał Czuba

  2. Orest Tabaka Says:

    Witaj Michale na blogu! :)

    Ta świadomość, że większość ludzi wokół nas jest tylko na chwilę bardzo upraszcza życie. Po pierwsze poznając daną osobę ma się świadomość, że wkrótce się pożegnamy (chroni to przed przykrym zaskoczeniem), a dwa pozwala nam czerpać dużo bardziej i intensywniej z takiej znajomości w pierwszych dniach, tygodniach, miesiącach. Takie podejście pomaga bardzo w rozwijaniu się, w zbogacaniu swojej osobowości (o tym w następnym poście).

    Zdaje mi się, że można mieć kilkanaście osób w swoim najbliższym otoczeniu - wszystko zależy od intensywności przeżywania takiej znajomości i czasu jaki chcemy poświęcić innym :)

    Pozdrawiam radośnie i zapraszam Cię do częstej aktywności,
    Orest

    PS: Pozwoliłem sobie usunąć ten link w stopce, gdyż imię i nazwisko masz już “olinkowane” :)

  3. Leszek Cyfer Says:

    Odkryłem, że ludzie których spotykam, bez wyjątku mają mi coś do przekazania, albo ja im. Po prostu synchroniczność :)

    Nie szukam spotkań - to po prostu się zdarza, ale kiedy ich spotkam, obdarowuję ich moją uwagą - uśmiecham się do nich, słucham z zainteresowaniem tego co mają do powiedzenia - i w pewnym momencie dowiaduję się czegoś dla mnie istotnego. Czasem okazuje się, że to ja przekazuję ważną informację. Potem czuję że rozmowa staje się płytka, z uśmiechem mówię że cieszę się że tego kogoś spotkałem, życzę miłego dnia i idę dalej.

    Jeżeli zauważam przypadkiem kogoś kogo znam, albo ktoś rzuca mi się w oczy (trudno to opisać, ale zawsze wiem, że druga osoba jest z jakiegoś powodu istotna), nie waham się tylko nawiązuję rozmowę. Jedne z najistotniejszych rzeczy jakie się dowiedziałem zostały mi powiedziane przez żebraków. Powodowany podobnym impulsem uratowałem kiedyś życie człowiekowi którego nie chciałbyś spotkać w ciemnym zaułku, tamując krwotok nadgarstka rozciętego szybą którą ten rozbił w pijackim szale. Nauczyłem się wtedy że życie każdego człowieka ma swoją wartość…

  4. Orest Tabaka Says:

    Leszek:
    Zgadza się, że od wielu napotkanych osób możemy się wiele dowiedzieć, jak i im wiele przekazać. Zaskakuje mnie Twoja umiejętność “przyciągania” takich ludzi :)
    Wiele osób chciałoby mieć również taką łatwość nawiązywania kontaktu jak Ty.

    Pozdrawiam radośnie,
    Orest

  5. Leszek Cyfer Says:

    Na wątpliwości i wahania w nawiązywaniu kontaktu mam tylko jedną maksymę którą sobie powtarzam:

    “Życie jest za krótkie”

    …Żeby się wahać. Chwytaj moment bo przemija…

  6. Leszek Cyfer Says:

    Heh, synchroniczność:

    http://biz.blox.pl/2009/04/Lawina-informacyjna.html

  7. Orest Tabaka Says:

    Leszek:
    Zdecydowanie tak: życie jest za krótkie, choć dzięki temu mamy motywację, aby coś robić :)

    W kwestii rozmawiania z innymi, to różne osoby mają różne potrzeby. Ja lubię bardzo intensywnie rozmawiać przez 2 do 3 godzin w restauracji, kawiarence czy na spacerze. Za to nie szczególnie lubię przypadkowe rozmowy w autobusie, sklepie, poczekalni itd. Każdy ma swój styl.

    A post TesTeqa jak najbardziej oddaje to, przez co sam przechodzę - jak wyławiać najistotniejsze rzeczy i powstrzymywać się przed mówieniem wszystkiego co wiem :) Bo to o czym rozmawiać to sprawa tego czym się interesujemy oraz jak często oprócz pochłaniania wiedzy uczymy się nią dzielić.

    Pozdrawiam radośnie,
    Orest

  8. Krzysztof K. Says:

    Witaj Oreście!

    Od jakiegoś czasu przeglądam Twojego bloga koncentrując się na tym, co może mi się przydać. Wiele jest tego rodzaju wpisów, co świadczy o jakości i przydatności Twojego zaangażowania w prowadzenie swojej proaktywnej strony. Nie będę pisał o sobie, przynajmniej nie teraz. Niech wystarczy te kilka informacji, że od dziecka staram się pracować nad sobą i swoim otoczeniem i wiele czasu poświęcam analizowaniu codziennego życia, jego blasków, cieni i sposobów na ich rozproszenie. Często przynosi to odwrotne efekty, zbyt wiele myślenia, zbyt mało działania. Ale walka trwa :)

    System “zarządzania znajomościami” przypadł mi do gustu. Zwłaszcza ładne wkomponowanie zamku i jego “pięter”. Bardzo plastyczne, a przez to intuicyjne i zapadające w pamięć. Zastanawia mnie jedno, konkretnie zagadnienie relacji już utraconych - czy warto do nich wracać? Za przykład niech posłużą nasze koleżeńskie relacje z różnych etapów edukacji, czy to szkoły średniej czy wcześniejszych - utracone, zapomniane, choć przecież nierzadko byli to ludzie zajmujący “komnaty gościnne” naszej wspaniałej twierdzy.
    Co o tym myślicie, jakie macie doświadczenia z tego typu “zapomnianymi relacjami”?

    Pozdrawiam serdecznie.

  9. Orest Tabaka Says:

    Witaj Krzysztofie na blogu! :)

    Cieszę się, że czerpiesz korzyści z czytania tego bloga. Taki też jest jego cel :)

    Czekałem na to pytanie o znajomych, którzy już byli w komnatach gościnnych. Specjalnie tej kwestii nie poruszałem w poście, aby się on nie rozrósł za bardzo :)

    Ta kwestia jest trochę teoretyczna, ze względu na to, że zbyt krótko tym modelem się posługuję. Wyszedłem z założenia, że nie specjalnie smakuje mi odgrzewany obiad. Mianowicie w zeszłym roku odświeżyłem kilka znajomości sprzed laty i wniosek jest prosty: odświeżać znajomości wtedy, gdy coś u tych znajomych się zmieniło. Po kilku zdaniach kończyły się tematy do rozmów, bo to co mogli powiedzieć dotyczyło tego samego co przed laty: nieciekawa praca, nudne życie, problemy w domu/z rodziną/partnerem itd. Do tego żadnych nowych zainteresowań. Niczego ponad to, co słyszałem kiedyś, nie byli w stanie powiedzieć. Stąd też w moim modelu wychodzę z założenia, że jak ktoś przewinął się przez komnaty gościnne a nie dostał zaproszenia do komnat prywatnych to niech idzie w świat i pojawi się na dziedzińcu za kilka miesięcy czy lat, jak zdobędzie nowe doświadczenia, coś się w jego życiu zmieni.

    Podobnie sam zaczynam postępować - koniec z kartkami świątecznymi (choć na Boże Narodzenie 2008 jeszcze wysłałem), sms’ami, telefonami. Jeśli znajomość się wyczerpała to idę w świat spotykać nowych ludzi, poznawać nowe rzeczy. Może po takim wzbogaceniu osobowości kiedyś powrócę na czyjś dziedzinieć i spróbuję dostać zaproszenie do komnat gościnnych i prywatnych :)

    PS: Jak masz pytania w tym temacie, to śmiało zadawaj :)

    Pozdrawiam radośnie,
    Orest

  10. Barbara K. Says:

    ostatnio zaobserwowałam ciekawe zjawisko w swoim życiu. gdy przychodzi nagła sytuacja i potrzebuję pomocy, lub chcę zrealizować jakiś projekt - jestem w stanie w krótkim czasie zorganizować wokół siebie odpowiednich ludzi. znam wielu ludzi i staram się nie zaniedbywać znajomości. zauważyłam, że zachodzi w tym pewnego rodzaju symbioza, bo na pewno nie jest to z żadnej strony pasożytnictwo. tak jak inni przydają się mnie, tak ja przydaję się innym. kiedy ktoś prosi o pomoc, zawsze jej udzielam, albo kieruję go do osoby, którą znam i wiem, że może pomóc w danej chwili.

    zastanawiam się, czy tego typu “relacja”, wyglądająca jak ogromna sieć wzajemnych korzyści jest czymś zdrowym?

    gdyby spojrzeć na to wszystko zupełnie na sucho i nie brać pod uwagę żadnych związków emocjonalnych, można by stwierdzić, że ma tu zjawisko zwyczajny handel wymienny, a towarem są umiejętności lub możliwości poszczególnych jednostek, z których w zasadzie korzysta cała “sieć” (nie mogę nazwać tego grupą ludzi, ponieważ nie pozostają oni względem siebie w tzw. wspólnocie, a niektórzy powiązani są ze sobą jedynie pośrednio np. przez innych ludzi).

    oczywiście, rozumiem jak bardzo potrzebne jest pozostawanie w relacji z innymi ludźmi, dla samej satysfakcji bycia ze sobą i tacy ludzie są bardzo ważni w moim życiu, to z nimi trwam od zawsze, nie z jakiegoś powodu, to ich kocham i tylko względem nich używam tego słowa.

    jednak wciąż pozostaję w “sieci” i myślę, czy ten pozornie działający jak szwajcarski zegarek organizm któregoś dnia się nie rozsypie z jakiegoś powodu? czy pozostawanie w takich relacjach jest bezpieczne? czy z etycznego punktu widzenia jest uczciwe?

    hmm jakoś mi się rozpisało. to dlatego, że kontakty między ludźmi to mój ulubiony temat, niezwykle dużo czasu poświęcam ludziom, generalnie człowiek to niezwykle fascynująca istota ;)

    pozdrawiam

  11. Orest Tabaka Says:

    Witaj Basiu na blogu! :)

    Pytasz:
    “zastanawiam się, czy tego typu “relacja”, wyglądająca jak ogromna sieć wzajemnych korzyści jest czymś zdrowym?”
    A czy czujesz się źle będąc czy też posiadając taka sieć kontaktów?

    Ten model “rotacji ludzi” który ja zaproponowałem jak narazie mi służy… i jest on bardziej do zastosowań towarzyskich niż biznesowych. Swoją drogą sam na swoim dziedzińcu mam kilkanaście czy kilkadziesiąt osób, z którymi związany jestem tylko biznesowo (choć jeszcze biznesów nie robiłem, ale w takich okolicznościach się poznaliśmy). Lecz ja jestem taka “Zosia-samosia”, więc nic nie tracę na rotacji osób w moim otoczeniu.

    Twoja sieć kontaktów nie powinna się rozsypać - myślę, że warto byłoby zwrócić tylko uwagę na ilość osób, którą w tej sieci masz i w miarę sprawne podmienianie ludzi na lepsze modele. To brzmi trochę bezdusznie, ale to nasza sieć kontaktów :)

    Chodzi o to, abyś dobrze się czuła w takiej sieci i w miarę sprawnie nią zarządzała dla własnych i tych osób korzyści :)

    PS: Mam w planach napisanie posta o “Sieci konsultantów” czyli osób wokół nas, do których możemy się zwrócić o opinię z różnych tematów (podatki, prawo, informatyka, mechanika samochodowa itd.). Jednak narazie słabo mi idzie budowanie mojej sieci, więc byłby to post bardzo teoretyczny.

    Pozdrawiam radośnie,
    Orest

  12. Krzysztof Sornat Says:

    Nigdy nie korzystałem z żadnego “modelu” świadomie. Nie zastanawiałem sie nad tym jak zawieram i jak dbam o znajomych. Faktem jest natomiast, że z wieloma ludźmi, z którymi spędzałem dawniej dużo czasu teraz nie mam kontaktu w ogóle. Ogranicza się on tylko do powiedzenia “cześć” na ulicy. Szczerze mówiąc, w wielu przypadkach to się cieszę - może to nieładne, ale widząc efekty jakie osiągnęli w swoim dotychczasowym życiu, cieszę się, że nie mieli na mnie dalszego wpływu. Zdarzyło mi się ostatnio spotkać kolegę z ławki, z którym razem spędzaliśmy popołudnia, taki przyjaciel z dzieciństwa. I podczas tego niedługiego spotkania nie wiedziałem o czym rozmawiać i po prostu nie potrafiłem, bardzo dziwnie się czułem. W kiedyś była to osoba, z którą najlepiej mi się rozmawiało.

    Natomiast jest też kilka osób, z którymi chciałbym odnowić kontakt - i chyba nie będę czekał na okazję, tylko sam ją stworzę - dziękuję Orest za post, może dzięki niemu odświeżę kilka znajomości.

    “Dopiero zdanie sobie sprawy z tego, że przecież większość ludzi w naszym otoczeniu będzie tylko przez chwilę uczestniczyła w naszym życiu uwolniła mnie od tych negatywnych emocji :)”
    Nad tym też nigdy się nie zastanawiałem, ale zgadzam się. Dlatego warto jest zadbać o to z kim chcielibyśmy utrzymywać kontakt, choćby taki 1 raz do roku. Ostatnio też zauważyłem, że lubię spotykać sie z ludźmi, którzy stawiają na rozwój. Nawet jeśli przez miesiąc nie utrzymuję z nimi kontaktu to po takim miesiącu zawsze coś nowego i ciekawego mają do przekazania.

    Pozdrawiam
    Krzysztof Sornat

  13. Orest Tabaka Says:

    Krzysiek Sornat:
    Sprawa kontaktów z ludźmi jest sprawą indywidualną - każdy z nas ma różne preferencje, stąd też nie narzucam mojego modelu, bo nie o to chodzi. Moim celem było, aby zwrócić na pewne sprawy uwagę oraz aby każdy z Was zastanowił się nad swoim efektywnym modelem. Cieszę się, że sam masz pewne przemyślenia odnośnie zarządzania kontaktami :)

    Jeśli mogę coś podpowiedzieć, to przy odświeżaniu kontaktów rozciągnij je w czasie - np. po jednej osobie na tydzień/miesiąc. Obserwuj ten proces odświeżania, wyławiaj na ile odświeżyłeś tak jak chciałeś, a na ile to odświeżanie nie poszło po Twojej myśli.

    Pozdrawiam radośnie,
    Orest

  14. » “Mentalny Frankenstein” - Orest Tabaka Says:

    […]        « Samotnik. Dusza towarzystwa. Znajomości “na chwilę”. […]

  15. Krzysztof K. Says:

    Dzięki za spostrzeżenia dotyczące odświeżania dawnych znajomości. Rzeczywiście w większości przypadków nie warto się nad tym nawet zastanawiać, zwłaszcza, że dawne znajomości (te szkolne) łączyły mnie z ludźmi bardzo przeciętnymi (brzmi źle, ale postaram się wyjaśnić). Otóż na studiach jest inaczej, niemal każdy jest tu swoistym geniuszem - tylko czerpać i rozwijać się dalej! Nie mam na myśli zaangażowania, ambicji czy wiedzy. Nie tylko - chodzi również o podejście do życia, potrzebę doskonalenia i odkrywania nowych możliwości, zdobywania doświadczeń. Z takimi osobami z przyjemnością dzielę swój czas, a wspólne rozmowy wiele wnoszą tak w ich, jak i moje życie.

    Muszę przyznać, że nie tylko wpisy na Twoim blogu, ale i komentarze do nich, są bardzo inspirujące. Wiele tu osób, które mają coś ciekawego do powiedzenia. Ktoś bardzo mi bliski po wysłuchaniu opowieści o Twoim modelu zauważył, że brakuje w nim jeszcze jednego poziomu. Osób, które nigdy nie znajdą się w komnatach prywatnych, lecz zarazem nie wyprosimy ich z komnat gościnnych na dziedziniec. Po prostu są nam zbyt bliskie, by machać do nich z okien wieży, lecz zbyt dalekie, by dopuścić je do największych sekretów, by pokazać im się w szlafroku, z potarganymi włosami, gdy wstajemy rano w naszej prywatnej komnacie. Co o tym myślisz?

  16. Orest Tabaka Says:

    Krzysztof K.
    Znajomi w szkole są nam zazwyczaj “narzuceni”. W przypadku studiów również są grupy, jednak cały rok to często 100-200 osób wśród których można wybierać do bliższego zapoznania. Osoby na studiach są już dojrzalsze i prędzej zastanawiają się nad przyszłością… stąd często są to kontakty wartościowsze :)

    Nie bierz mojego modelu tak sztywno. Możesz go rozbudować i różne piętra dla komnat prywatnych - im wyższe, tym więcej można powiedzieć, bardziej się otworzyć itd. :)
    W moim wypadku nie każda osoba zaproszona do komnat prywatnych była traktowana na takich samych zasadach. Relacje międzyludzkie to dziedzina humanistyczna, więc trzymanie się sztywno jakiegoś modelu nie służy im - lecz pewna wizja jak najbardziej :)

    PS: Dziękuję za te miłe słowa zarówno pod moim adresem jak i aktywnych Czytelników :)

    Pozdrawiam radośnie,
    Orest

  17. Orest Tabaka Says:

    W temacie budowania networkingu polecam post Guya Kawasakiego “The Art of Schmoozing” (to takie kompendium wiedzy, które w książce Never Eat Alone (Keith Ferrazzi) zajmuje 320 stron :)
    http://blog.guykawasaki.com/2006/02/the_art_of_schm.html

  18. Krzysztof Sornat Says:

    Krzysztof K.
    Dokładnie to też miałem na myśli co piszesz o znajomościach z podstawówki.

  19. Joanna Sznigir Says:

    Właśnie sobie uświadomilam, jak wiele ważnych decyzji podjęłam dzięki ludziom poznanym “na chwilę”. Jednorazowe spotkanie, a wielka inspiracja :)

  20. Lucy Says:

    Przypadek.Przypadki rządzą światem. Tak jest w tym przypadku ha, ha.

    A to ciekawe co wszyscy piszecie o znajomościach, znajomych starszych, bliskich i aktualnych oraz o waszych zamiarach w tym obszarze.

    Zdaje się ja znacznie odbiegam wiekowo od Was , ale ponieważ całe życie uczę się różnych rzeczy,to i ta wiedza pociąga mnie do tego ,aby nauczyć się aktualnego zarządzania znajomościami.

    Co zauważyłam u siebie? Znajomości, ktore miałam z licznymi ludzmi spotykanymi w przeróżnych okolicznościach mego życia, na różnych kontynentach nawet, są w swej małej oczywiście części, znajomymi , z którymi nie mam o czym rozmawiać aktualnie. Niestety Ich i moje horyzonty, zainteresowania, zakres nowej wiedzy np. prawniczej, sfera przemyśleń,doświadczenia duchowego itp. jest diametralnie inna, różna od Ich zakresu, poziomu.Zwyczajnie odbiegamy od siebie. Spotkania z nimi raz na rok to wystarczająca częstotliwość.

    Niestety, a może stety? W ten sposób jestem w takim dziwnym punkcie mego życia.To co stare jest rzeczywiście stare, zmurszałe i nieciekawe, a nowych znajomości, fajnych, intelektualnie i chrakterologicznie bliskich jakoś trudno pozyskać.Wydaje mi się, że jestem na rozstaju….

    Może Wy poradzicie mi, w którym kierunku winnam dryfować, aby napotkać podobnych “rozbitków” i rozpocząć nowy cykl w mym towarzyskim życiu?

  21. Orest Tabaka Says:

    Witaj Lucy na blogu! :)

    Wbrew pozorom wcale nie tak bardzo odbiegasz od nas. CTo dość częste, gdy my idziemy do przodu a inni stoją w miejscu lub idą wolniej, to kończą się tematy. Potraktuj to jako etap przejściowy.

    Mam takie doświadczenia, że czasem nie trzeba daleko szukać, a ciekawe znajomości są blisko nas. Spróbuj do takich z widzenia zagadać czy też wykorzystać znajomych znajomych. Co ciekawe, to sporo takich osób tłamsi się w obecnych środowiskach, przyjmując styl rozmowy innych. Jeśli sama zaczniesz mówić o tematach bardziej ambitnych, rozwijających, wymagających użycia zwojów mózgowych to masz szansę otworzyć takie osoby, ośmielić do ambitnej dyskusji a tym samym pozyskać ciekawą znajomość. Bądź taką osobą (i buduj swoją markę), z którą rozmawia się ambitnie a nie o bzdurach - wtedy ciekawi ludzie sami zaczną do Ciebie lgnąć. Coś o tym wiem :)

    PS: Dla treningu zachęcam Cię do aktywnego komentowania na blogu głównym (przycisk na górze) :)

    Uśmiechy!
    Orest

Pozostaw komentarz