Shit happens… po prostu!
Pod jednym z postów Monika zapytała się co zrobić, w sytuacji gdy:
Monika:
(…) parokrotnie zdarzyło mi się mieć do czynienia z osobami, które co innego mówiły co innego robiły a koniec tych działań sprowadzał się do porażki, czasem dla moich lub naszych interesów.
Generalnie to co nam się przydarza jest wynikiem naszych działań - nikt by nas nie oszukał, gdybyśmy się z taką osobą nie zadawali, nie powierzali jej jakiś zadań, odpowiedzialności. Nikt by nas nie okradł, gdybyśmy to co mamy dobrze zabezpieczyli
Nie zachorowalibyśmy gdybyśmy o siebie bardziej dbali, nie uczestniczyli w wypadku, gdyby nas w tamtym miejscu nie było. Ale wszystkiego, pomimo najszczerszych naszych chęci nie jesteśmy w stanie przewidzieć. Nawet najlepsze symulacje w głowie, wieloletnie doświadczenia, sztab doradców nie są w stanie nas przed różnymi przykrymi rzeczami w życiu ochronić. Nawet nie wychodząc z domu może nam żyrandol na głowę spać - wypadki chodzą po ludziach
Ta nieprzewidywalność do końca to nierozerwalny element życia. I niewiele na to nie poradzimy. Choć zdarza się, i pewnie wielokrotnie to słyszeliście z ust innych (a może nawet i swoich), że ktoś stracił życiową szansę przez kogoś, że przez Pana X czy wydarzenie Y ich życie wygląda całkiem inaczej. Ludzie noszą taką zadrę w sercu i pozwalają sobie w skrajnych przypadkach, aby to jedno wydarzenie, jedna osoba pozbawiało nas radości w życiu.
Dlatego dziś proponuję Wam ciekawe podejście
Jak coś pójdzie nie po naszej myśli to powiedzmy sobie po cichu “Shit happens… po prostu” i idźmy dalej. Gdy przydarzy się nam spora turbulencja w życiu, ulegniemy wypadkowi, zachorujemy poważnie to “Shit happens… po prostu” i zastanówmy się nad nowym kształtem naszego przyszłego życia. Może nie będzie ono wyglądało już tak jak przedtem, ale może wyglądać inaczej i wciąż dostarczać nam radości. Tylko śmierć eliminuje nas z gry pod tytułem “ŻYCIE”. W każdym innym przypadku wciąż jesteśmy w grze i możemy wiele zrobić. Czasem odpadną nam różne możliwości (w przypadku chorób, wypadków możliwości związane z aktywnością fizyczną) ale w tym miejscu pewnie zdamy sobie sprawę z innych naszych mocnych stron i tego w czym możemy się realizować.
Dla inspiracji polecam zapoznać się z sylwetkami tych osób:
• Ken Robinson - wieku 4 lat zachorował na polio, tym samym odebrało mu to możliwość grania w piłkę nożną, o której marzył. Zachęcany przez rodziców poświęcił się edukacji, został profesorem, zajmuje się edukacją oraz w 2003 roku królowa Elżbieta II nadała mu tytuł “Sir” za zasługi,
• Aimee Mullins - urodziła się bez kości piszczelowych. Gdy miała roczek lekarze zdecydowali się amputować obie nogi poniżej kolan. To nie przeszkodziło Aimee odbyć praktyki w Pentagonie czy wystąpić na paraolimpiadzie w Atlancie w 1996 roku. Możecie obejrzeć także prezentację na TED o jej osiągnięciach (napisy PL).
Dlaczego przykłady osób powszechnie uznanych za niepełnosprawnych? Bo sprawy związane z pieniędzmi, karierą, ludźmi przeważnie można odkręcić… z własnym zdrowiem nie jest to już takie proste

Znasz kogoś, kto powinien przeczytać ten post? Podeślij link :)

September 1st, 2009 at 12:40 am
Witam,
Twoje podejście do życia jako “gry z której można zostać wyeliminowanym” brzmi dla mnie strasznie przedmiotowo pomimo, że wiem jak Ty to rozumiesz. Co do samej metodologii “Shit happens” uważam, że przed przystosowaniem się do nowej “rzeczywistości” warto przemyśleć dlaczego coś się stało, czy faktycznie nie mieliśmy na to wpływu i co najważniejsze - wyciągnąć wnioski. Dopiero późnej zastanawiać się nad zmianą kształtu naszego życia.
Rozumiem, że nie mamy wpływu na wiele rzeczy, ale moim zdaniem, takie bierne dostosowywanie się prowadzi do zostania taką mała owieczką która wyznaje filozofię “go with the flow” bez względu na wszystko.
Pozdrawiam serdecznie,
Bartek
September 1st, 2009 at 2:18 pm
Bartek:
W poście podałem, że tylko śmierć może nas wyeliminować z gry pt. życie. I niezależnie od Twojego odbioru ja wolę to tak nazywać - są pewne zasady i ta osoba, która zna je lepiej i potrafi się wobec nich poruszać, najczęściej jest na najlepszej dla siebie pozycji. I gra pt. życia ma jedną zasadę inną od wielu innych gier: nie chodzi o to, aby ukończyć życie jak najszybciej, ale przeżyć je na jak najlepszej dla nas pozycji
Zgodzę się z Tobą, aby pewne rzeczy przemyśleć. Z tymże życie najczęściej toczy się dalej i trzeba żyć dalej… a czas na refleksję możemy znaleźć troszkę później. Przy czym “shit happens” ewidentnie wskazuje, że coś się wydarzyło nie z naszej winy. Bo jeśli popełnimy błąd to mieliśmy na to wpływ i wtedy zdecydowanie należy zastanowić się jak do tego dopuściliśmy
Pozdrawiam radośnie,
Orest
September 1st, 2009 at 9:21 pm
dobry post. swobodny i z pozytywnym nastawieniem, tego mi było trzeba (poczytać).
September 1st, 2009 at 9:23 pm
Aby tylko na czytaniu się nie skończyło, bo zaaplikowanie tego podejścia w wielu sytuacjach ułatwia i umila życie
September 3rd, 2009 at 12:15 pm
Witaj Orest
To jest wyjscie, jednak trudno czasem w życiu postawić na czymś lub po czymś tzw. gruba kreskę. Chodzi mi raczej o to, że na postawienie takiej krechy potrzebujemy różną ilość czasu. Ten czas jest po prostu potrzebny, żeby poukładać sobie takie historie po swojemy.
Ja uczę się skracać ten czas do minimum. “Shit happens… po prostu” - będzie tego poczatkiem.
pozdrawiam wrzesniowo
Monika
September 3rd, 2009 at 12:46 pm
Witaj ponownie Monika!
Zgodzę się z Tobą, że potrzebujemy czasu. “Shit happens… po prostu” jest właśnie podejściem, który pozwala go skracać, szczególnie dla tych, którzy lubią “przerzuwać” przykre sytuacje (które zdarzyły się nie z ich winy) zamiast żyć dalej. Im szybciej przystosujemy się psychicznie do nowej sytuacji i potrafimy sie w niej odnaleźć tym lepiej dla nas
Pozdrawiam radośnie,
Orest
September 11th, 2009 at 3:53 pm
Księża radzą w tej materii zaufać temu co nazywają Bogiem
Radzą także błagać o to by Pan dał nam siłę, aby się nie załamać. New Age-owcy radzą powtarzać coś w rodzaju: “Wszechświat mnie kocha, jestem dzieckiem Boga (ciekawe czy tego samego, o którym wspominają księża), moja nadświadomość mnie poprowadzi, itp…). Racjonaliści mówią, że trzeba wszystko dokładnie przeanalizować i wyciągnąć wnioski na przyszłość. Romantycy podcinają sobie żyły. Psychologowie ewolucyjni kiwają głowami i poszukują wzorców ewolucyjnych, które decydują o sukcesach i porażkach. Mój były wspólnik mawia, że to fatum albo fuks o tym decydują. No cóż… przypomina to w pewnym sensie opowieść o ślepcach macających tyłek słonia
Osobiście wielokrotnie obmacywałem słonia haha :))) i dalej nie wiem jak to z nim do końca sprawy się mają :)))
Pozdrawki dla wszystkich :)))))))))))))))))
September 12th, 2009 at 11:30 am
Lubię, Jacenty, Twoje odpowiedzi w tym stylu
September 17th, 2009 at 2:48 pm
Orest, podoba mi się Twoje myślenie. Chciałbym dorzucić tylko trzy punkty:
Jeden - tylko nie “shit”. Czasem coś, co wydaje nam się shitem jest czymś najcenniejszym w życiu, tylko my jesteśmy ślepi. Może Monika powinna zastanowić się czy czasem to nie lepiej, że do czegoś nie doszło. Że dzięki tej porażce nie musi np. męczyć się z ludźmi, którzy nie pasują. Ktoś kiedyś napisał, że tylko geniusz potrafi odróżnić porażkę od sukcesu. Czasem coś co wydaje nam się sukcesem jest w dłuższej perspektywie koszmarem. A coś, o czym myślisz, ze jest porażką daje siłę. Zresztą napisałeś o ty i dałeś przykłady. Czasem warto zmusić się do popatrzenia na świat z różnych perspektyw.
Po drugie. To co nam się przydarza nie zawsze jest wynikiem naszych działań. Nie odpowiadam za tysiące rzeczy (wbrew niektórym magikom ds. przyciągania). Ale zawsze jestem odpowiedzialny za to co zrobię i jak się zachowam. Dla mnie kluczowe pytanie brzmi w takich sytaucjach: “co ja moge teraz zrobić”. Odpowiadam zawsze za swoją reakcję.
Po trzecie. Monika pisze, że czas potrzebny do przyjęcia tej perspektywy jest różny. Ma rację. Trening czyni mistrza. Jest wiele dziedzin, gdy max. czas to ułamki sekund. Gdy płaczesz nad rozlanym mlekiem dłużej niż sekundę, tracisz życie. Wiele osób to potrafi. Ale z drugiej storny są ludzie, którzy przez lata nie potrafią zazakaceptować tego, że rzeczywistość jest inna niż oni sobie to wyobrazili. Ale gdy człowiek już się zmusi do treningu, po jakiś dwóch tygodniach nie trzeba sobie niczego powtarzać, nawyk staje się automatyczny.
Pozdrawiam i gratuluję bloga. Będę zaglądał.
September 18th, 2009 at 11:06 am
Witaj Zbyszku ponownie
Zwrot “Shit happens” zapożyczyłem z filmu Forest Gump. Bardzo dobrze pasował mi do określenia przykrych sytuacji na które nie mamy większego wpływu, tak jak piszesz w punkcie drugim. Niby możemy nie wsiąść do autobusu, który ulegnie wypadkowi, niby moglibyśmy wybrać inny środek transportu, bo dlaczego mielibyśmy przypuszczać, że samolot nie odleci i stracimy jakąś ciekawą okazję. Nie zdołamy kontrolować świata. Dlatego im szybciej na takie sytuacje przyswoimy sobie podejście “shit happens” tym mniej czasu stracimy i dalej będziemy żyć.
Z punktem pierwszym nie do końca się zgodzę. To znaczy podzielam jego istotę, ale wychodzę z innego założenia. Takie przykre sytuacje nie są po to, aby nas czegoś nauczyć, zmienić nasze życie…. dla mnie dzięki takim sytuacjom może się czegoś nauczyć, coś w sobie i swoim życiu zmienić. Widzisz różnicę? Nie usprawiedliwiać ich obecności a wykorzystywać fakt, że się wydarzyły i się czegoś uczyć
PS: Dziękuję za gratulacje
Pozdrawiam radośnie,
Orest
September 18th, 2009 at 12:43 pm
Zbyszku,
Kiedyś przeczytałam, że siłą jest z porażki zrobić sukces. Chyba właśnie tak należy się uczyć. W końcu, tak jak piszesz. nie wiemy ( bo nie mamy próby placebo ) co by się wydarzyło gdyby dana sytuacja zdarzyła się. Czy byłoby zgodnie z naszymi przewidywaniami czy też wydarzyłyby się inne okoliczności. Było minęło a czas teraźniejszy jest w tej chwili i należy w nim działać.
Orest
Bardzo lubię Twojego bloga, chętnie go odwiedzam i czytam Twoje posty. Pisz dalej koniecznie. Trzymam kciuki.
Pozdrawiam serdecznie
Monika
September 18th, 2009 at 6:09 pm
Monika:
Oczywiście, że będę pisał dalej. Blog i ja mamy po prostu przerwę kreatywną
Pozdrawiam radośnie,
Orest
September 19th, 2009 at 3:52 pm
Orest, przepraszam za podwójne przywitanie. Pamiętałem oczywiście, że tu byłem, ale nie pamiętałem, że komentowałem. Rzeczywiście, to był tekst o aktywnym słuchaniu. A oprócz tego bywam nieuważny. Przepraszam.
Myślę, że się zgadzamy w pełni. Różnice wynikają ze słów. Dorzucę historyjkę, która pewnie znasz. W skrócie, było jakoś tak:
Gospodarzowi uciekł koń. Cała wieś zakrzyknęła:
- O shit!
Ten pokiwała głową i powiedział:
- Zobaczymy.
Potem jego syn poszedł i złapał trzy dzikie konie.
- Ale szczęście! Zakrzynęła wioska.
- Zobaczymy… jak zwykle odpowiedział gospodarz.
Potem jego syn ujeżdżając konie złamał nogę.
- O shit
- Zobaczymy
Potem przyszedł pobór, a ponieważ syn złamana nogę nie wzięto go do wojska.
-Ale szczęście!
-Zobaczymy.
I tak dalej.
Na tym polega sztuka. Doświadczać życia bezpośrednio a nie przez nasze okulary. .
BTW. W Japonii Forrrest Gump miał tytuł; Ichi-go tchi-e. To idiom, który dosłownie znaczy: jeden czas, jedno spotkanie/ okazja. Chodzi o to, że każda chwila jest wyjątkowa, unikalna, niepowtarzalna. Forrest po prostu doświadczał tego co było bez obciążenia przeszłością i przyszłością. Jest jak jest. I tu masz rację Moniko. “Było minęło”, czy “shit happens” czy “zobaczymy…” Bez różnicy. Byle nie stracić tej niepowtarzalnej chwili na narzekania i pretensje.
A ja pozdrawiam i radośnie i serdecznie
September 20th, 2009 at 1:01 pm
Zbyszek:
To ja Ciebie przywitałem podwójnie… po 2 miesiącach nieobecności
W tej historyjce to co wygląda na shit jak się okazuje tym shitem nie jest. A dokładnie to o czym mówimy - niby shit, przyjmujemy do wiadomości, że się po prostu zdarzył i żyjemy dalej.
Uciekł nam koń? -> Przyda się złapać nowego.
Złamałem nogę? Zdarzyło się, żyjemy dalej. Wykorzystam ten fakt, by mnie do wojska nie wzięli
Może ma to jakiś głębszy sens, może istnieje los, może to gdzieś zapisane. Jednak stąpam twardo po ziemii i dla mnie to po prostu sytuacje, które się wydarzyły, które możemy wykorzystać do zmiany, wyciągnać z nich lekcje, a możemy od ich uzależnić swoje nieszczęście.
““Było minęło”, czy “shit happens” czy “zobaczymy…” Bez różnicy. Byle nie stracić tej niepowtarzalnej chwili na narzekania i pretensje.” - podpisuję się pod tym w pełni
Pozdrawiam radośnie,
Orest
September 30th, 2009 at 4:03 pm
Przypomina mi to radzenie się śmierci u Castanedy - jeżeli coś ci się przytrafi, albo martwisz się że może się przytrafić, zapytaj się śmierci jakie ma to znaczenie - śmierć odpowie ci “Jeszcze cię nie dotknęłam”.
Większość naszych zmartwień nigdy się nie materializuje, a nawet kiedy się to zdarza, ilość energii jaką traci się na martwienie się nimi jest nieporównywalna do energii jaką zabiera nam radzenie sobie z ich rezultatami.
Jeżeli martwisz się że coś się może zdarzyć, przeanalizuj jaki jest najgorszy możliwy scenariusz, a następnie zamiast się martwić zrób co możesz aby do niego nie dopuścić.
Zmartwienie jest jak dzwonek alarmowy mający zwrócić naszą uwagę na zagrożenie - bezsensowne jest wsłuchiwanie się w dzwonek - trzeba wyłączyć dzwonek bo nie daje myśleć, znaleźć przyczynę i usunąć problem.
A odnośnie przykładów - są to ludzie którzy zaakceptowali to co się wydarzyło - bo nie można kupić biletu, wsiąść w maszynę czasu i zmienić przeszłość - i poświęcili się robieniu czegoś co ich pociągało i leżało w obszarze ich możliwości.
Bardzo zdrowe podejście.
October 1st, 2009 at 12:26 pm
Leszek:
Dodatkowo warto pamiętać, że człowiek ma jakąś taką opcję zainstalowaną, że rzucony w trudne sytuacje potrafi sobie radzić - niezdarnie, z błędami, ale sobie radzi
Cóż mogę jak tylko się pod tym podpisać
Pozdrawiam radośnie,
Orest
October 8th, 2009 at 1:14 pm
Podoba mi się twoja literówka w pierwszym zdaniu odpowiedzi na mój komentarz.
Wygląda mi to na próbę poprawy sformułowania “nie mogę” na “mogę”.
Też tak mam - podświadomość nie różnicuje
October 8th, 2009 at 5:39 pm
Faktycznie. Widać, że jakoś inaczej próbowałem Tobie odpowiedzieć
November 20th, 2009 at 4:25 pm
[…] Jeszcze raz Wam dziękuję za Waszą obecność i wsparcie. Jeszcze będzie okazja się spotkać, porozmawiać. Shit happens… a życie toczy się dalej […]
November 21st, 2009 at 11:57 am
Odporność na nieprzewidziane koleje losu zyskujemy wtedy, gdy mamy świadomość, że zrobiliśmy wszystko, co powinniśmy (w granicach naszych możliwości i rozsądku), żeby się ich ustrzec.
November 21st, 2009 at 5:37 pm
Witaj TesTeq na blogu!

… lub gdy pozwolimy sobie na więcej luzu i świadomość, że większość z przykrych rzeczy wcale nas nie zabija i można z nimi żyć