Nauka to proces ciągły… nie kilkunastoletnia przygoda.

2010-03-04, 7:50 pm

Każdy z nas dostał trochę formalnej edukacji. Podstawówka, liceum, studia, kursy, certyfikaty itd. Każdy z tych rodzajów edukacji najczęściej daje jakąś wiedzę i przeważnie zamyka się między 7 a 25 rokiem życia. Po tym etapie ewentualne dokształcanie zdarza się, gdy trzeba się przekwalifikować lub w pracy, z racji zmiany obowiązków, trzeba nauczyć się je wykonywać.

Poza takimi doraźnymi przypadkami dokształcania się, bazą dla większości osób jest właśnie ta formalna edukacja “wyniesiona” ze szkoły. Pomijam fakt, że w wielu wypadkach jest to wiedza małowartościowa - tzw. trociny. Tutaj z Czytelnikiem o pseudonimie C-C miałem krótką dyskusję w komentarzach odnośnie szkolnych “trocin” :) Ta mała ilość przydatnej wiedzy oraz brak odpowiednich umiejętności oprócz tego, że są często niewystarczające, aby już dziś zająć pozycję (zawodową czy życiową) taką jaką chcemy, to za 10, 20 czy 40 lat nie będą dawały nam prawie nic. Ciężko będzie nam na niej zajechać do emerytury…

Inflacja wiedzy i umiejętności…

To efekt “inflacji wiedzy i umiejętności”, gdzie z roku na rok nasza wiedza i umiejętności (wciąż te same) są mniej warte, choćby dlatego, że świat się zmienia (potrzebne są inne) oraz młodsi od nas są w stanie pewnych rzeczy się nauczyć szybciej. Mój ulubiony przykład: umiejętność obsługi komputera - 10 czy 12 lat temu osoby z taką umiejętnością były rozchwytywane, dziś to standardowa umiejętność, która ani o jotę nas nie wyróżnia.

Tak więc temat postu nie jest wymyślony od czapy :) Zakończenie swojej edukacji na szkole średniej czy studiach jest współczesną formą społecznego samobójstwa. Przeważnie nie dziwię się, że młodym ludziom nie chce się kontynuować swojej edukacji nieformalnie, np. czytają specjalistyczne książki z dziedzin, którymi się zajmują a także innych pobocznych, bardzo przydatnych. Nie śledzą nowinek branżowych, nie czytają prasy branżowej, nie oglądają prezentacji, których mnóstwo w sieci - nie rozwijają się ponad minimalną konieczność!!!

Osobiście zaobserwowałem pewne zjawisko tresury “uczenia się pod egzaminy” - liceum to nauka pod maturę, studia pod sesję i obronę, szkolenia/kursy pod zdanie testu certyfikującego itd. Biorąc pod uwagę fakt, że takie egzaminy przeważnie sprawdzają znajomość suchych regułek, definicji, wzorów czy konkretnych zapisów, to mamy gotowy przepis jak na trwałe zniechęcić do uczenia się nawet zdolnych ludzi.

Dla osób dorosłych nauka to przywilej a nie obowiązek…

Bardzo lubię posługiwać się własnym stwierdzeniem, że “dla osób dorosłych nauka to przywilej a nie obowiązek”. Bardzo ambitnie korzystam z niego już od ponad dwóch lat - dziennie poświęcam średnio po kilka godzin na czytanie i oglądanie różnych rzeczy, dla własnego rozwoju, niezależnie czy to wakacje czy niedziela :) Moim zdaniem, aby w najbliższych latach każdy z nas mógł zająć pozycję zawodową i życiową taką jaką chce, konieczne jest stałe, w miarę systematyczne uczenie się zarówno rzeczy z dziedziny, którą chcemy się zajmować jak i rzeczy z dziedzin pobocznych czy zupełnie nowych. Taką kopalnią najlepszej, najaktualniejszej wiedzy (czasem wyprzedzającej nasze czasy) jest choćby strona konferencji TED - ponad 600 krótkich prezentacji po angielsku z przeróżnych dziedzin.

Z tego co sami się uczymy, czytamy, oglądamy nikt (oprócz życia) nie będzie nas egzaminował :) Nie musimy znać na pamięć i wynotowywać regułek, definicji czy wzorów. Dla mnie nauka to rozumienie pewnych zjawisk, umiejętność wykorzystania tej wiedzy w życiu a także inspirowanie się do poszukiwania jeszcze lepszych rozwiązań.

Nauka jako element każdego dnia…

Zachęcam Was do tego, aby wrzucić sobie naukę na listę czynności naturalnych, aby tak jak codziennie jadamy posiłki, śpimy, bierzemy prysznic tak i nauka była koniecznym elementem dnia. Nie musi być każdego, natomiast dobrze aby tak było i była ona w miarę systematyczna.

Macie inne zdanie w tym temacie? O coś chcecie zapytać? O coś uzupełnić post? Nie bójcie się rozpocząć dyskusji w komentarzach :)

Leń, nieuk, rozrabiaka? Jeszcze wyjdzie na ludzi…

2010-02-25, 11:13 pm

Zasadniczo te 3 pierwsze słowa tytułu opisują mnie sprzed 8 czy 10 lat. Jednak nie będzie to historia o mnie :) Dziś o tym, jak łatwo przykleić komuś lub sobie etykietkę i trzymać się jej. O tym jak łatwo kogoś przekreślić już od najwcześniejszych lat… lub “naznaczyć” i dać właściwego kopa rozwojowego. Szczególnie warto pamiętać o tym, bo jakimś niepojętym sposobem ludzie “lubią” urzeczywistniać otrzymane wróżby ;)

Czy nie macie wrażenia, że zbyt często nadużywamy tych określeń wobec innych, a i chętnie potrafimy utożsamiać się z nimi, gdy tylko ktoś nas tak określi? Przykładowo słowem “leń” określamy osoby, które nie robią tego co nam się wydaje, że powinny robić. Jeszcze gorzej, że wielu zdolnych ludzi nazywa tak siebie dlatego, bo nie robią rzeczy, które według innych powinni robić lub im się wydaje, że powinni robić. Lenistwo jest bardzo przydatnym zjawiskiem, bo to dzięki lenistwu zawdzięczamy postęp cywilizacyjny. Ten jaskiniowiec nie wymyśliłby koła, gdyby jego kolegom chciało się dźwigać to piwo ;)

Za “nieuków” lubimy uważać tych, którzy nie uczą się tego co wymaga szkoła, którzy nie uczą się tego, co my byśmy chcieli, aby się uczyli. Można powiedzieć, że mamy epidemię nieuctwa. To co proponują szkoły jest często nudne i mało przydatne, więc całe szczęście, że wielu zdolnych i bystrych młodych ludzi daruje sobie uczenie się tych trocin - ze mną włącznie. Te same osoby bardzo często znają się na czymś innym i chętnie uczą się z rzeczy, o których w szkole nie usłyszą.

Ta łatwość przypinania etykietek innym ma niestety rujnującą siłę. Wmontowanie innym przekonania, że są nieukami, leniami, rozrabiakami i marnie skończą to prosta droga do tego, aby ten ktoś przestał się starać i urzeczywistnił przepowiednię. To działa także w drugą stronę - wystarczy traktować innych jako zdolniejszych niż są, zachowujących się lepiej niż jest w rzeczywistości, aby wpłynąć na nich pozytywnie. Trochę więcej o tych budujących przekonaniach przeczytacie u Bartka Zajączkowskiego. Tam też przeczytacie o ciekawym eksperymencie, który możemy łatwo powielać w codziennym życiu.

To kim byliśmy parę lat temu czy jesteśmy dziś nie oznacza a priori, że tak zostanie nam do końca życia. Możemy w pewnych ramach dość dowolnie kształtować swoje zachowania, postępowania. Te terminy nie określają konkretnych fragmentów kodu DNA, z którymi się urodziliśmy i że zostaną nam z nami na zawsze. Te terminy określają nasze codzienne zachowania, które możemy zmienić… tym samym wyjść na ludzi :) I pomyśleć, że sam w oczach wielu osób nie rokowałem dobrze.

Stąd gorąco zachęcam Was do ignorowania słów określających Was negatywnie i do wzięcia własnej drogi w swoje ręce. A jeśli macie okazję to rozsiewajcie pozytywne określenia wobec innych, takie jak ambitny, zdolny, bystry, kreatywny, twórczy itd. Mając wprawę szybko zaczniecie wychwytywać u innych pozytywne cechy, tym samym pomagać innym “wyjść na ludzi” :)

Rozwój własny wspierany sportem…

2010-02-19, 3:58 pm

Sport, aktywność fizyczna to odkąd pamiętam element mojego życia. Jako dzieciak biegałem za piłką, jeździłem rowerem, później w liceum po 2-3 razy na tydzień grałem w koszykówkę, po liceum przez rok intensywnie (pod okiem trenera) trenowałem kolarstwo górskie. W czasach trenowania kolarstwa nauczyłem się i polubiłem biegać. Do dnia dzisiejszego (poza kilkoma przerwami) rzadkością są tygodnie, w których choć raz nie pójdę pobiegać, choćby miały to być 3 kilometry :)

Obecnie w moim przypadku nie jest to też aż tak intensywne uprawianie sportu, abym mógł powiedzieć, że jestem sportowcem. Jestem amatorem. To czynność naturalna, którą wykonuję gdy mam ochotę i nie muszę się szczególnie nad nią zastanawiać a tym bardziej zmuszać do niej. Zdaję sobie sprawę, że wielu z nas ma świadomość zdrowotnych korzyści, jakie daje aktywność fizyczna, więc poruszę jej inny aspekt. Mianowicie wpływ na życie codzienne, na nasz sposób postępowania, funkcjonowania. Wszystko co niżej opisuje samoistnie zaczęło funkcjonować w moim życiu. Jedna rzecz, dość często naświetlana, nie zafunkcjonowała u mnie - nie nauczyłem się żelaznej konsekwencji czy wytrwałości takiej, aby zagryźć zęby i napierać do końca :)

Jeśli ktoś z Was nauczył się takiej wytrwałości to dajcie znać w komentarzach.

Co do korzyści, jakie daje uprawianie sportu podczas gdy pracujemy nad swoim rozwojem, to z pewnością jest ich więcej, natomiast skupię się na 5 głównych, moim bardzo istotnych i przyjemnych:

  1. Stabilizuje się i poprawia samopoczucie - bardzo przyjemna korzyść, szczególnie dla tych, którym nastrój płata figle i potrafi zmieniać się z dnia na dzień :) Czyż nie efektywniej pracuje się czy nawet snuje wizje naszego przyszłego życia, rozwoju, gdy jesteśmy w dobrym nastroju? Po prostu podczas wzmożonego wysiłku wydzielają się serotonina oraz dopamina, i to one powodują taki przyjemny efekt. Lubię wykorzystywać ten fakt szczególnie w okresie jesienno-zimowym. W momentach, gdy czuję spadek nastroju wystarczy mi 30-40 minut biegu i wszystko wraca do normy, czyli dobrego nastroju :)
    Mała uwaga: jeśli wcześniej nie uprawialiście sportu to wspomnę, że dobry nastrój odczuwalny będzie dopiero po ok. 2-3 tygodniach (6-10 razach) - organizm musi nauczyć się regenerować, aby zmęczenie nie zagłuszało dobrego samopoczucia :)
  2. Świadomość, że forma i kondycja (zarówno fizyczna, jak i psychiczna) nie są stałe - tak jak nie każdego dnia z łatwością jestem w stanie przebiec taki sam dystans tym samym tempem, tak nie każdego dnia z łatwością czytam duże ilości materiałów (książek, blogów, artykułów, raportów), uczę się nowych rzeczy, z łatwością rozwiązuję różne problemy czy nie każdego dnia tak samo dobrze radzę sobie w kontaktach z ludźmi. Bardzo przydatna lekcja, aby nie próbować na siłę danego dnia zrobić czegoś i przy tym potwornie się umęczyć i zniechęcić, gdy to samo z łatwością i przyjemnością możemy zrobić dnia następnego czy jeszcze kolejnego. Zauważyłem, że do czytania książek mam lepszą formę wiosną i latem (wtedy czytam większość książek), a zdecydowanie niższą jesienią i zimą. Od grudnia czytam jedną książkę po 1-2 strony dziennie i jeszcze nie ukończyłem :) A mając świadomość, że na wiosnę forma do czytania wróci mogę takim ślimaczym tempem czytać ze spokojnym sumieniem.
  3. Warto mieć w miarę przemyślany plan rozwoju
    Więcej o planach treningowych:
    Daj sobie w kość… czasem.

    - tak jak ze sportem, można próbować rozwijać się na tzw. “czuja” czy w sposób nieprzemyślany. Trenując kolarstwo nauczyłem się, że jednego dnia powinienem włożyć więcej wysiłku w swój rozwój, innego dać sobie odpocząć. Nawet jeśli czułem, że mógłbym przejechać więcej kilometrów, to wiedziałem, że długoterminowo lepiej będzie, jeśli danego dnia sobie odpuszczę, a przycisnę innego. Samoczynnie zacząłem praktykować “pracuj mądrze, a nie ciężko”.

  4. “Najważniejsza część treningu? Odpoczynek!” - nie wiem czy to stara kolarska prawda, ale chętnie powtarzana przeze mnie gdy trenowałem :) Nie po to, aby się poobijać, bo to przyjemne, ale dla tego, że tak jak mięśnie tak i mózg potrzebują co jakiś czas wytchnienia. Z pewnością znacie sposób na “przespanie się z problemem”… jak często korzystamy z tego dobrodziejstwa? Po przeczytaniu książki, po zaznajomieniu się z problemem warto zająć umysł czymś lżejszym, dać mu wypocząć. Może być to drzemka, pełny sen, albo też pójście na spacer, zajęcie się gotowaniem.
  5. Im jest się lepszym tym mniejsze postępy - no i nie wiem czy to korzyść, bo mało przyjemny jest fakt, że wraz z rozwojem każdy wzrost umiejętności, wiedzy czy kondycji jest trudniejszy. Natomiast bardzo dobrze mieć świadomość tego, aby przypadkiem nie załamać się. Na początku postępy (niezależnie od dziedziny) są oszałamiające - jeśli nie chodzicie na siłownie to przejdźcie się i spróbujcie wycisnąć 40-kilogramową sztangę 10 razy. Za dwa dni przyjdzie Wam to łatwiej, za tydzień być może bez problemu wyciśniecie 60-kilogramową… a za miesiąc będziecie niemal w tym samym miejscu :) Po wyżej pewnego poziomu trzeba mieć na uwadze, że kolejne postępy nie przychodzą już tak łatwo, nie są tak widoczne. Łatwo wtedy zrezygnować, odpuścić. Mając świadomość, że to dotyka każdego i jest naturalnym etapem w rozwoju łatwiej jest robić po prostu swoje, na spokojnie. To ten moment, gdzie wielu odpuszcza, a każdy kto przetrwa go wyjdzie obronną ręką.

Wracając jeszcze na moment do punktu nr 3, powinienem wspomnieć, że mój plan jest daleki od optymalnego. Tak jak dbanie o swoją kondycję fizyczną tak i dbanie o rozwój własny trzymam raczej w pewnych dość swobodnych ramach, a nie w rygorystycznym planie. Przy tym cały czas myślę jak to zrobić mądrze, a nie siłować się głupio. Sport zawodowy wymaga pewnych wyrzeczeń i stalowej dyscypliny - podobnie może być z rozwojem własnym. Natomiast warto mieć świadomość, że sport zawodowy ma niewiele wspólnego ze zdrowiem i czasem niewiele wspólnego z przyjemnością. Jest to po prostu ciężka praca. Z rozwojem własnym można zrobić to samo, w rok zostać najlepszym sprzedawcą w firmie, “robotem komunikacyjnym” (kimś bardzo sprawnym werbalnie i towarzysko), natomiast łatwo utracić coś co w rozwoju własnym i życiu jest najważniejsze - przyjemność i odczuwalną jakość życia.

Jak podpytałem na Blipie, to Ania Watza (z blogu o marketingu, PR, internecie i życiu) napisała mi, że sport daje jej “lepszą organizację czasu i nie-danie się pracoholizmowi :) (mam plan i się go trzymam, bo inaczej wejścia mi przepadną)” oraz “oprócz tego lepszy odpoczynek, bo rzeczywiście odrywam się od pewnych spraw”, natomiast Paweł Pela (Nasz Czytelnik) potwierdził pozytywny wpływ na samopoczucie.

Jeszcze szerzej temat opisał Kuerti z PK4.pl w poście 9 rzeczy, które nauczyły mnie rajdy - spojrzenie człowieka, który 100-kilometrowe rajdy pokonuje ze względną dla siebie łatwością :) Szczególnie polecam go przeczytać. W korespondencji ze mną potwierdził także pozytywny wpływ na nastrój - resztę, mam nadzieję, że dopisze w komentarzach :)

Nie będę Was na siłę przekonywał, abyście koniecznie zmieniali tryb życia na bardziej aktywny i bogatszy w sporty aerobowe (takie, gdzie serce i płuca muszą popracować). Chciałbym jednak, abyście rozważyli, każdy według potrzeb, opcję takiego “sportowego wsparcia” swojego rozwoju.

Jeśli doświadczyliście innych ciekawych korzyści z uprawiania sportu (w kontekście rozwoju własnego), to zapraszam Was do podzielenia się nimi w komentarzach :)

To nie brak umiejętności czy wiedzy - to brak jaj.

2010-02-11, 5:29 pm

Coraz częściej przekonuję się, że za brakiem sukcesów nie stoi brak odpowiednich umiejętności czy specjalistycznej wiedzy, a zwykły brak jaj (dotyczy to także kobiet). Brak odwagi, aby zrobić to co sobie planujemy, co byśmy chcieli.

Przeważnie jednak doskonale wiemy co należałoby zrobić, gdyby ktoś obok nas był w identycznej sytuacji jak my. Jednak ta sama rada, ale udzielona sobie nie zadziała, nie dlatego, że jest zła, ale dlatego, że wymaga od nas jaj, aby ją wcielić w życie.
Czyż nie jest tak? ;)

“Przeciętny człowiek wie co zrobić, aby zmienić swoje życie na lepsze. Ponadprzeciętny ma jaja, aby to zrobić!”

Przypomina mi się przypadkowe spotkanie (sprzed roku) z prawie 40-letnim facetem, który zaczynał rujnować sobie życie przez nadmierne picie tanich jaboli. Od słowa do słowa okazało się, że żona go opuściła, z pracy chcą go wywalić za to picie. Standardowa historyjka. Mi jednak nie wystarcza to, że ktoś ma “swoje powody”, że zna swoją sytuację - chciałem choć troszkę skłonić go, aby zebrał się do kupy i coś z tym zrobił. Podpytując go co mógłby z tym zrobić zaczął podawać mi bardzo dobrze przygotowany plan jak zerwać z nałogiem oraz jak ogarnąć swoje życie prywatne i zawodowe. Szkoda, że brakło mu jaj, aby to wcielić w życie.

W wielu wypadkach nie są to tak ekstremalne sytuacje. Szkoda jednak, że przez brak jaj powstrzymujemy się przed tym, by robić to co chcemy. To też nie muszą być od razu wielkie rzeczy typu wyprawa dookoła świata z 100€ w kieszeni :) Chodzi nawet o takie proste sprawy jak wyjście pobiegać, jak telefon do kogoś, aby umówić się na pogaduchy czy poproszenie kogoś o pożyczenie książki.

Jak często staramy się odłożyć na później wykonanie telefonu, aby umówić się z klientem na spotkanie? Albo wstydzimy się szefowi powiedzieć, że chcemy bardziej ambitne zadanie, choć wiem, że damy radę? Albo…?

Zauważyłem też, że ten brak jaj dotyczy sporej ilości ludzi (włącznie ze mną). Co ciekawe bardzo często jesteśmy w sytuacjach, w których i my i druga strona wiemy, że chcielibyśmy coś zrobić, że mamy umiejętności i wiedzę, ale żadne ze stron nie ma jaj, aby złożyć propozycje, poprosić, zapytać. Jakiś czas temu zebrałem się na odwagę i poszedłem złożyć propozycję, że coś dla kogoś zrobię. Akurat do wykonania tego potrzeba było posiadać (naliczyłem) 4 umiejętności z różnych obszarów. Pół roku nie miałem jaj, a gdy złożyłem propozycję usłyszałem “Dobrze, że z tym przychodzisz” :) A projekt “z mojej ręki” nie był tani.

Czasem sobie myślę, że każdemu z nas przydałby się taki nasz klon - ta kopia nas, choć dawałaby takie same rady jakie moglibyśmy sobie dać, dodatkowo, a może przede wszystkim, dawałaby nam kopa!

No i są jeszcze przypadki w których faktycznie mamy niewystarczające umiejętności czy wiedzę, czy też to zwykłe lenistwo i zwykły brak chęci… lecz to temat na zupełnie inny post :)

A jak Wy to widzicie?

Maksymalizuj stawkę godzinową, a nie ilość pracy.

2010-02-04, 1:25 pm

Dziś o czymś, co wydaje się bardzo racjonalnym podejściem, lecz jak się okazuje nie zawsze jest to takie oczywiste. Nie chcę tutaj rozpisywać się o tym, że maksymalizowanie ilości pracy, aby zarobić na swój styl życia jest mało efektywne. Jedno jednak trzeba wspomnieć – ma pewną wadę i jest nią to, że w każdej dobie mamy tylko 24 godziny, z czego kilka trzeba przespać.

Oczywiście są osoby, które lubią pracować po 15 godzin na dobę, bo robią fajne rzeczy i daje im to niezłego powera. W ostatnim czasie przekonuję się jednak, że oprócz robienia czegoś co jest bardzo fajne i dostawania za to kasy, jest jeszcze wiele bardzo fajnych rzeczy, które można robić a za które niekoniecznie ktoś nam zapłaci. Dlatego choćby z tego względu warto posiadać wolne zasoby czasowe, by tymi fajnymi rzeczami się zajmować.

Dla osób o szerokich zainteresowaniach, nawet tylko z dwoma pasjami praca na 8-godzinnym etacie zabiera zbyt dużo czasu, aby tymi fajnymi rzeczami zajmować się na tyle ile chcemy. Sami policzcie sobie jaka stawka godzinowa w takim systemie pracy Wam wyjdzie. Zadowoleni? ;) Zachęceni by dawać z siebie więcej? Dla większych dochodów można zwiększać ilość godzin poświęcanych pracy zarobkowej, lecz jak wyżej wspomnieliśmy, ma to pewną wadę.

Porównajmy zatem dwie sytuacje: pierwsza przy typowej pracy etatowej, druga przy nietypowej, z dużo wyższą (10-krotną) stawką godzinową:

    • 10 zł/h * 8 h * 22 dni = 1760 złotych
    • 100 zł/h * 4 h * 5 dni = 2000 złotych

Komu drugi wariant bardziej się podoba? :)

Zatem kilka warunków i sugestii, co zrobić, aby zwiększać stawkę godzinową za to co robimy:

  1. Warto sprzedawać efekty a nie swój czas pracy. Sprzedając czas (szczególnie hurtowo, tak jak to się dzieje w przypadku etatu) najczęściej dostaniemy za niego małą stawkę. Dobrym podejściem jest, aby sprzedać efekt swojej pracy, wyceniając go dość wysoko.
  2. Trzeba być dobrym w tym co się robi. Bycie przeciętną osobą w danej branży utrudnia branie większych stawek, choćby z tego względu, że znajdzie się ktoś, kto zrobi to taniej.
  3. Nie w każdej profesji da się tak działać. Za mistrzowskie smażenie frytek czy skręcanie telewizorów w fabryce więcej nie dostaniemy. Najlepiej szukać czegoś kreatywnego, co po pierwsze nie zrobią komputery, a po drugie nie zrobią tego inni w kraju czy Azjaci na wschodzie.
  4. Powinna być to na tyle fajna rzecz, abyśmy sami z siebie chcieli się w niej rozwijać. Trudno utrzymać dobrą pozycję, gdyż nasze umiejętności i wiedza z roku na rok tracą na wartości. Aby móc mieć wysoko płatne zlecenia należy się rozwijać i za każdym razem oferować odpowiednią wartość dodaną.
  5. Przeważnie wysoko płatne zlecenia same do rąk nam nie wpadną (nad czym ubolewam :) ). Trzeba czasem trochę czasu i energii poświęcić, aby takie znaleźć i dostać do wykonania.

Nawet młode osoby mają spore możliwości, aby uzyskiwać fajne stawki za swoją pracę. Studenci mogą udzielać korepetycji płatnych po 30 złotych za godzinę (zamiast pracować w Mc’u za 5 razy mniej). Przy tym podejściu 1 dzień pracy daje typową tygodniową płacę studencką. Albo tworzenie stron www dla małych firm, fotografowanie ślubów, udzielanie lekcji tańca (kurcze… mamy już po studniówkach ;) ). Opcji jest wiele.

Na koniec zadajmy sobie jeszcze kilka pytań:

    • czy chciałbym pracować w nietypowy sposób, aby zyskać mnóstwo czasu na robienie innych ciekawych rzeczy a przy tym mieć pieniądze na swój styl życia?

    • w jakiej branży i co takiego mógłbym robić, abym dostawał za każdą godzinę jaką temu poświęcę bardzo fajne pieniądze?

    • gdzie mógłbym znaleźć ludzi, którzy mi zapłacą takie pieniądze?

    • od kiedy mógłbym zacząć przechodzić z trybu mało płatnego w wysoko płatny?

PS: W ostatnich dwóch latach nie przypominam sobie, abym robił coś poniżej 50 złotych za godzinę, poza sytuacjami, w których robiłem coś za darmo - człowiek szybko do dobrego się przyzwyczaja ;)